Zapytam wprost

Katarzyna Bosacka: U mnie w domu nie ma śmieciowego jedzenia

Fot. Patryk Salamon

Z Katarzyną Bosacką, dziennikarką, autorką publikacji na temat zdrowia, urody, nauki, medycyny i wychowania dzieci rozmawia Barbara Wójcik

Do Bochni przyjeżdża Katarzyna Bosacka, osoba znana z telewizji, bardzo ważny głos w dyskusji na temat żywienia i mówi: jedzmy po polsku. To może dziwić słuchaczy…
Najlepsze restauracje świata opierają się na produktach, które są na wyciągnięcie ręki, np. French Laundry, która znajduje się w Kalifornii, posiada ogród, gdzie uprawiają niemal wszystkie warzywa i zioła. Dzięki temu produkt nie wędruje przez cały świat. Jest to nie tylko bardzo modne, ale i zdroworozsądkowe, bo jeśli mamy produkty lokalne to są one świeże, jeśli są sezonowe, to są tanie, aromatyczne i mają najwięcej wartości odżywczych. Po co kupować truskawki w styczniu, które płyną do nas z Florydy albo Maroka, są do połowy zielone, bardzo drogie i niesmaczne. Oparcie kuchni na sezonie pozwala na niezwykły płodozmian, bo zupełnie inne zupy i potrawy jemy jesienią, na co innego mamy ochotę latem, a jeszcze inne dania przygotowujemy w okolicach Bożego Narodzenia, Świąt Wielkanocnych czy Tłustego Czwartku. Nasza kuchnia jest sezonowa i warto to docenić.


Czasem odnoszę wrażenie, że wstydzimy się polskiej kuchni. Tych ziemniaków, kapusty, schabowego. Szukamy egzotycznych smaków, wydawać by się mogło lepszych…
Trudno od nas wymagać, abyśmy po roku 1989 nie zachłysnęli się wolności. 30 lat temu wolność smakowała zupełnie inaczej niż teraz. Otworzył nam się świat. Zaczęliśmy podróżować, chcieliśmy jeść egzotycznie. Odejść od tej szarości i burości. Lata 80 – te były dramatyczne, jeśli chodzi o kuchnię polską, która w czasie PRL-u została totalnie zniszczona.

To znaczy?

Kotlety były doważane pieczarkami lub ananasem z puszki, zamiast mięsa była smażona mortadela. Zupę pomidorową jedliśmy z ryżem, chociaż powinna być z makaronem, a najlepiej domowej roboty kluseczkami z jaja i mąki. Czas PRL-u spowodował, że ta szarość nas przytłoczyła, dlatego po reformie Balcerowicza, kiedy zaczęliśmy może trochę lepiej zarabiać, zaczęły zapełniać się sklepowe półki, zafascynowały nas te kolorowe papierki, bardzo różnorodne smaki. Ja sama oprócz książki kucharskiej klasycznej kuchni polskiej kupiłam sobie wykwintną kuchnię francuską, bo mi się wydawało, że świat stoi przede mną otworem i nauczę się różnych egzotycznych smaków.

I…?

Potem była fascynacja kuchnią meksykańską, kiedy byliśmy w Ameryce amerykańską i nagle nastąpił absolutny powrót. Modne stało się zdrowe żywienie, które wiąże się produktem, który nie jest pryskany, konserwowany i nie jedzie z drugiego końca świata, ale jest nasz. Nagle zobaczyliśmy, jak wielu jest polskich producentów olejów tłoczonych, dobrych wędlin, serów, makaronów i wielu innych rzeczy, z których można zrobić cuda i że polska kuchnia nie musi być przaśna i buraczana tylko może być bardzo elegancka, wykwintna i lekka.


Wprowadziła pani polską kuchnię do ambasady w Kanadzie. Goście byli zdziwieni, zaskoczeni?
Państwo, czy protokół dyplomatyczny nie narzuca obowiązków ambasadorowej. Jedne wyprowadzają kota na spacer i tylko tym się zajmują, a że mnie rozsadza energia i jestem bardzo aktywna, pomyślałam, że jeśli mogę jakoś pomóc mężowi i przede wszystkim krajowi to będę to robić tak, jak potrafię najlepiej, czyli promocją kulinarną.

Jak ta promocja wyglądała?

Oprócz tego, że chodziłam po telewizjach, opowiadając o polskich zwyczajach świątecznych, udzielałam wywiadów to również ja, ale przede wszystkim mój mąż, bo to ambasador jest zawsze głównym zapraszającym, zapraszał krytyków kulinarnych, szefów kuchni, ludzi związanych z gastronomią na spotkania i pokazy kulinarne, podczas których Kanadyjczycy zaczęli rozumieć, że polska kuchnia to nie tylko kiełbasa, wódka i pierogi. Naprawdę wielu Amerykanów i Kanadyjczyków myśli, że mieszkamy w kraju, gdzie po ulicach chodzą białe niedźwiedzie. My pokazywaliśmy kuchnię kraju cywilizowanego, który odniósł ogromny sukces. Chłodnik, sernik na zimno z truskawkami, tego Kanadyjczycy nie zali. Jedząc tego typu rzeczy, zaczęli rozumieć, że nasza kuchnia nie jest kuchnią szarego bloku Europy Środkowej i Wschodniej.


Kanadyjczykom pokazała pani polską kuchnię, a Polakom jako pierwsza pokazała etykiety na produktach, które warto czytać. To sukces, że udało się nas nauczyć zwracania uwagi na to, co kupujemy…
Jest coraz lepiej. Pewnie rzeczywiście byłam jedną z pierwszych dziennikarek, która zaczęła o tym otwarcie mówić. Prowadzę budżet dużej rodziny. Jest nas sześcioro plus pies i muszę myśleć o tym, że jeżeli kupię wędlinę, która będzie słabej jakości, to się zepsuje i zamiast zjeść, wyrzucimy, bo nawet pies tego nie zje. Kupowanie wiąże się z myśleniem o ekonomii i nie chodzi o to, że jestem skąpa, ja nie lubię marnować i lubię uczciwość. Jeśli widzę, że na słoiczku z obiadem dla dzieci jest napisane królik z warzywami i kaszą, a jak sprawdzę etykietę, to widzę, że jest to kasza z warzywami i 0,5% królika i mnie krew zalewa, bo mam wrażenie, że ktoś mnie oszukuje. To jest granie nie fair.


Jak gotuje Katarzyna Bosacka i co gotuje Katarzyna Bosacka najczęściej?
Bardzo różnie, ale za każdym razem zdrowo. U mnie w domu nie ma tego całego śmieciowego jedzenia. Od wielu wielu lat nie ma kostek rosołowych, napojów gazowanych, oczywiście, kiedy przychodzą np. sąsiedzi i mamy ochotę napić się whisky z colą, nikt z tego problemu nie robi. Śmieciowe jedzenie jest częścią naszej kultury i nie chodzi o to, żeby robić z tego powodu jakąś histerię, totalnie zakazywać, ale o to, żeby tego nie było na co dzień, że napoje gazowane są w lodówce i że dziecko – co widziałam wielokrotnie – w biurku zamiast rzeczy do szkoły ma bufet jak w hotelu, pełno słodyczy, chipsów, napojów gazowanych. U mnie w domu tego nie ma. Gotujemy bardzo dużo. Lubimy przesiadywać w kuchni i gotować. Wszystkie nasze dzieci gotują, mój mąż jak trzeba obiad, też to zrobi, ale wiadomo, że prym wiodę ja, bo to uwielbiam. Jemy normalnie, naleśniki, dzieci robią sobie placki z jabłkami. Zauważam, że z roku na rok jemy coraz mniej mięsa, chociaż męska część domu, mówię o synach, domagają się go częściej niż dziewczyny.


Z pani inicjatywy powstała akcja o nazwie Menu Wolności…
4 czerwca mamy rocznicę odzyskania niepodległości i pierwszych półwolnych wyborów, a że moja praca i pasja to żywienie zaczęłam szukać, co jedzono podczas obrad okrągłego stołu. Okazało się, że w Pałacu Namiestnikowskim (teraz Prezydenckim) w kuluarach rozstawione były stoły gdzie raz dziennie wydawany był obiad, który składał się z zupy, drugiego dania, deseru i czegoś do picia. Dotarłam do zapisu na taśmie filmowej, gdzie dziennikarz pyta o obiad właśnie. Dokładnie był to obiad kończący obrady okrągłego stołu.

I co wówczas jedzono?

Od kelnera dowiadujemy się, że podano galaretkę drobiową, a powinna być wieprzowa, ale wieprzowiny nie było, zupa pomidorowa z ryżem, bo makaronu również w sklepach nie było. Dalej eskalop wieprzowy, a powinien być cielęcy, ale cielęciny również nie było. Na deser był pączek i pito jak to się wyraził ów kelner herbatkę. Dziennikarz skomentował, że to wyśmienite jedzenie, wyśmienite menu i pomyślałam sobie, że to było menu wolności tych ludzi i że warto namówić Polaków, żebyśmy 30 lat później jeszcze raz usiedli do tego stołu, zjedli coś polskiego i żebyśmy byli razem. Tak zaczęła się ta akcja, do której przyłączyło się już bardzo wiele miast. Fajne jest też to, że te miasta promują swoje produkty regionalne, np. Kraków rozda obwarzanki, Szczecin paprykarz szczeciński, Kielce będą miały jajka z majonezem i to wszystko w ilości 1989 sztuk. Tych miast jest około 30 i codziennie dołączają kolejne.


Spodziewała się pani tak dużego odzewu z całej Polski?
Jako, że jestem związana z kulinariami, mam znajomych restauratorów, myślałam, że to będzie taka akcja, która skończy się w kilku restauracjach. Później pomyślałam, że można zaangażować samorząd. Prawie wszystkie miasta obdzwoniłam sama, przekonując i zapraszając do włączenia się w akcję Menu Wolności. Miałam wrażenie, że bardzo wiele osób czekało na coś takiego dlatego, że nasze święta narodowe kojarzą się z akademiami ku czci, mszami za ojczyznę. Jest to bardzo potrzebne, ale trzeba mieć też ofertę dla ludzi, którzy chcą sobie poświętować. Uważam, że Polacy są biesiadnikami, lubimy towarzystwo, gości więc wydaje mi się, że ziarno trafiło na bardzo podatny grunt. Wielu znajomych, przyjaciół, ale i zupełnie obcych ludzi pisze do nas np. ludzie z Chicago, Waszyngtonu, Brukseli, którzy są tak bardzo stęsknieni za polskim jedzeniem. Napisał do nas pan z Londynu, że zaprosił pół polskiej dzielnicy i będą jeść polskie pierogi i pić polską wódkę za wolność i o to nam chodzi. O to, żebyśmy spotkali się przy tym wielkim rozstawionym w całej Polsce stole.


4 czerwca to doskonała okazja, żeby w swoich domach przygotować Menu Wolności. Usiąść całą rodziną przy wspólnym stole i porozmawiać o wydarzeniach sprzed 30 lat…
Absolutnie tak. Uważam, że z młodymi ludźmi trzeba rozmawiać. Zgłosiło się bardzo wiele szkół i przedszkoli, które również zjedzą Menu Wolności, a co najważniejsze nauczyciele, wychowawcy, przedszkolanki usiądą z dziećmi przy stole i będą rozmawiać o tym, co wydarzyło się 4 czerwca 1989 roku i dlaczego ta data jest tak ważna dla nas.

Kliknij i dodaj komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Góra